Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyroda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyroda. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 września 2015

...eeech...

    On i tak ma dla Ciebie inny scenariusz.
Możesz sobie marzyć, planować, układać, organizować.
Możesz ustawiać cała logistykę projektu, zachęcać innych do towarzyszenia, cieszyć się, że idea nabiera kształtów.
Możesz angażować rodzinę, przyjaciółkę no bo przecież ktoś musi zostać z dzieciakami. Bo przecież to już wrzesień więc szkoła i takie tam.
Koncepcję możesz mieć już rok wcześniej i układać swój plan przez długie miesiące jak klocki jeden po drugim, z pełnym zaangażowaniem grupy.
Stawiasz ostatni klocek na szczycie swych punktów potrzebnych do realizacji.
"Będzie zajebiście!" (tu śmieją się cztery pary nakręconych oczu).
Ale jakie to ma znaczenie... On ma dla Ciebie swój plan.
Jego plany nie są kompatybilne z Twoimi. Zrzuca Ci z góry autorski scenariusz.
Schylasz głowę, robisz odwrót i ... wracasz.
Uczy pokory.
Chcesz rozśmieszyć Pana Boga, powiedz mu o swoich planach.
(Na drugi raz Mu nie powiem! ;)) )
Nie będzie więc zdjęć. Może kilka.
Już buduję w myślach moją nową ideę.
Udało mi się jedynie (i aż, bo to wyjątkowo piękne miejsce!) znaleźć się w austriackich Alpach na Grossglocknerstrasse. To wysokogórska, bardzo widokowa droga, którą przejeżdżając przez następujące po sobie strefy klimatyczne dojeżdża się do miejsca, z którego podziwiać można najwyższy szczyt Alp Austriackich Grossglockner (3798mnpm). Na odcinku około 50km pokonuje się wysokość 1766m.
Trasę można pokonywać motocyklem, samochodem lub rowerem.
Rowerzystów podziwiałam bardzo!
Polecam Wam szczerze jeśli lubicie góry. Jeśli nie lubicie to też, bo to po prostu trzeba zobaczyć. :)
Zainteresowanych informacjami o trasie odsyłam do strony np tej KLIK.











Pięknie było! :))

Od poniedziałku biorę się do pracy. Serdeczności przesyłam!!! ♥ ♥


sobota, 25 października 2014

adrspach w bransoletach...

Tak mi się kolorystycznie spasowało.
A może to inspiracja nieświadoma. Niezamierzona.
Czasem zabieramy ze sobą w jednej z szuflad mózgu jakąś część tego co widzieliśmy, słyszeliśmy, poczuliśmy. Coś co zamieniamy później w pracę naładowaną tą emocją.
Pojechałam, zobaczyłam, pochodziłam. Zachwyciłam się ponownie.
Byłam tam już kiedyś ale w piękne miejsca się powraca. Limitu nie ma. Na szczęście.
A potem powstały bransolety umalowane kolorami październikowych Skał Adrszpaskich czyli Skalnego Miasta. Piękne miejsce. Pojedźcie tam jeszcze tej jesieni.
Info o tym miejscu znajdziecie tutaj.
















Pięknie, prawda...? :)

W bransoletach bursztyny, turmaliny, nefryty, jadeity, howlit, lapis lazuli i zoisyt. No i wspomnienie Skał Adrszpaskich oczywiście.

Bransolety dostępne poprzez Sklep czyli tutaj.

pozdrawiam

 

środa, 21 sierpnia 2013

deszczowy dzień więc babeczki z malinami...

Czasem lubię gdy pada deszcz. Czasem. Gdy nic mnie nie goni i nie muszę wychodzić z domu.
Zwykle i tak wychodzę. Robię to dla przyjemności i właśnie, gdy nie muszę to ją wtedy mam.
Przyjemność.
Taki spacer działa jak terapia. Zwłaszcza gdy miało się jakieś trudniejsze dni. Tylko trzeba koniecznie mieć kalosze, by bez stresu jak dziecko brodzić po kałużach. Wszystkich napotkanych i małych i ogromnych.
U mnie ich mnóstwo, bo ulica nierówna i studzienki zatkane. Więc kalosze koniecznie. Uwalniają od stresu. Bo gdy mamy inne buty, bez przerwy patrzymy, by nie wejść w kałużę. A w kaloszach... przeciwnie i z ogromną przyjemnością.
Jakiś czas nie miałam. Jak ja mogłam bez nich żyć...?
No i parasol oczywiście trzeba mieć. Najlepiej wielki. Po to by było słychać spadające na niego krople deszczu. No i żeby nie zmoknąć, po to też.
Wczoraj miałam taki właśnie deszczowy dzień.
Najpierw po maliny, które przerosły płot sąsiadów. Poza ich działkę czyli niczyje, prawda? (Madziu, nie czytaj!). Kilka było...
Wtedy mokłam, bo nie miałam jak trzymać parasola. I komary mnie pogryzły mimo deszczu. Ale jak tu się odganiać, jak rwie się maliny...?
Potem zakupy w zaprzyjaźnionym gospodarstwie. Kupowanie i pogaduchy, bo swojsko i przesympatycznie każdego kto tam zajrzy się przyjmuje. I gdakanie kur i szczekanie psa... A warzywa prawdziwe, wiejskie, świeżutkie rwane prosto z krzaka. Bezcenne sąsiedztwo.
A potem rwanie dzikich śliwek nieopodal domu. Jest ich w jednym miejscu mnóstwo. Musiał być tam kiedyś śliwkowy sad. A że po domu latały marzenia o knedlach ze śliwkami i drożdżowych babeczkach z malinami, deszczowy spacer musiał być owocny i bardzo owocowy. :)






Przepis na drożdżowe ciasto już podawałam. Znajdziecie je tutaj. Jest uniwersalne. Można zrobić z niego chałkę, bułeczki, babeczki lub jeden wielki kawał drożdżówki w owocami i kruszonką. :)

Silikonowe babeczkowe foremki - IKEA
Drewniane serduszko - Maciejka 





*

 

sobota, 3 sierpnia 2013

folkowa poduszka - zrób sobie...

Folk wdziera się do mojego domu i ogrodu, a ja mu szeroko otwieram drzwi.
Mam kaszubskie korzenie. Chociaż moja Ciocia mówiła, że to pochodzenie to raczej borowiackie czyli z Borów Tucholskich. Uwielbiam to miejsce na ziemi. Z wielkim rozrzewnieniem i miłością wracam w te cudne zielone strony. W dzieciństwie jeździłam w Bory w każde wakacje. Dziś już rzadziej, ale tęsknię.
We wnętrzach nie potrafię być wierna jednemu stylowi. Lubię gdy się mieszają, przenikają więc odrobinę miejsca dla kolorów, koronek, wiejskich elementów... no po prostu musi być! ;)

Szycie nie jest moją mocną stroną. A właściwie to w ogóle nie specjalnie się z szyciem znamy i lubimy.
 Maszynę do szycia posiadam dość wiekową, kapryśną i humorzastą, więc moja edukacja w tym kierunku ma się zdecydowanie pod górkę. W tej sytuacji muszę radzić sobie w inny sposób.
Poszewka z second handu. 
Serwetka bawełniana z second handu. 
Przymierzenie, igła z nitką, poduszka gotowa.
(Koszt całości: 4zł)


Klimatu w ogrodzie dopełnia kwietna girlanda wykonana na szydełku przez Agę, która wykonala dla mnie również mały słodki przepiśnik. :) Dziękuję, Agnieszko!




 A to jest Stefan (nazwany przez mojego synka). Koziołek który przychodzi pod moje okna w porze śniadania.
Wygląda na to, że życie w mieście (-"prawiewsi"), może również być trochę sielskie! :)


Miłego weekendu, kochani!♥


czwartek, 25 lipca 2013

stołek w szydełkowym berecie i ...

Szydełkowy beret na wysoki stołek przywiozłam sobie jako pamiątkę z kilkudniowych wakacji.
Własnoręcznie wydziergana pamiątka. :)
To było kilka dni spędzonych prawie nad morzem. Do plaży trzeba było dojechać rowerem. Ale to zaleta.
Rano więc ja i moja sędziwa holenderka i wyruszałyśmy na poszukiwanie jak najdzikszych dróg i ścieżek.
Okrężne drogi, wcale nie na skróty.
Z wiejskim, naturalnym, dziewiczym klimatem (czasem też zapachem, a jakże!).
Bitą drogą, leśną ścieżką. Tam gdzie ludzi spotkać trudno. Tam gdzie czas nie biegnie zbyt szybko.
Łąki, pola słoneczne, łany pszenicy i owsa, las szumiący, maliny w zagajnikach zbierane. Kwaśne - to nic.
Cisza.
Późne popołudnie - morze, plaża...
Wieczór - szydełko.
I powstał beret... :)


Uwielbiałam każdy dzień!






A propos czapek na stołki i taborety - muszę Wam pokazać (o ile jeszcze nie znacie) prace autorstwa Claire-Anne O'Brien. To wyjątkowo rzeźbiarskie podejście do tkanin/dzianin jest warte uwagi i bardzo inspirujące. Może te projekty natchną Was nowymi pomysłami do zrealizowania w jesienne i zimowe wieczory? :)




 *

Przed wyjazdem powstały dwie bransolety: połączenie srebra, turkusu, lnianego sznura i bryłek afgańskiego szkła.
Miałam pokazać je Wam będąc na moich krótkich wakacjach, ale... coś czuwało nade mną gwarantując mi pełny spokój i całkowitą sielskość, bo zapomniałam laptopa! Został w przedpokoju przygotowany do drogi...
Nie szkodzi... ;)






A na koniec Chwila Bezcenna w kadrze zatrzymana... Było cudnie... :)


Bransolety (komplet) dostępne w galerii Brocante (lub u mnie bezpośrednio bez marży galerii).
Beret wykonany ręcznie na szydełku.
Stołek zakupiony na jakiejś giełdzie staroci za 60zł.

Serdeczności przesyłam! ♥


 



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...