Pokazywanie postów oznaczonych etykietą meble. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą meble. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 sierpnia 2014

biały kolor dla mnie dobry...

Mozolę się z remontem mojego miejsca do pracy.
Pierwszy raz w życiu malowałam tapetę. Poszłam na łatwiznę. To pewnie trochę nieprofesjonalne, ale perspektywa zdzierania tapety ze ścian wydawała mi się nie do przejścia. Malowałam więc. Cztery razy.
Od zapachu farby chyba zacznę widzieć na niebiesko. Chociaż farba w kolorze białym - prawie białym.
Tapeta była ok. Nawet gdy ją zamalowywałam wciąż mi się podobała. Widać był to kiedyś dobry wybór.
 Ale ta biel jest... taka czysta, jak niezapisana kartka papieru. Daje wolność umysłowi nic nie sugerując. Nie narzuca się sobą. Nie mówi o nastrojach. Czeka na Twój i otwiera głowę na pomysły. Jest fantastyczna.
Zbyt wiele bodźców wokół może wpływać na to co robimy. Biel jest jak przeźroczystość, więc się stało i jest biało. Moja strefa prywatna. Trochę celebruję jej tworzenie...
Czy macie czasem tak, że czujecie problem, gdy przychodzi czas kupienia jakiegoś nowego mebla? Ale nowego, takiego ze sklepu?
Z metką czy kodem paskowym (zwal jak zwał), idealnego mebla masowego czyli jednego z tysiąca lub stu tysięcy wyprodukowanych sztuk? Ja mam. I tak myślę sobie, że być może coś ze mną nie tak, bo najpierw zawsze rozglądam się wokół i szukam czegoś do przemiany. Leżę w łóżku i zasnąć nie mogę - kombinuję! I bynajmniej, wcale nie cierpię przez taką bezsenność. To twórcza bezsenność. ;) To bardzo przyjemny etap produkcji pomysłu. Nakręcam się i nie mogę doczekać się rana, żeby sprawdzić w świetle przewidywane efekty. Wstaję i włażę na strych - zdarzyło się. I szukam. Pora nocy nie ma znaczenia. Dlaczego? Bo te rzeczy są wtedy niepowtarzalne.
I tak przytargałam do mojego pracowniczego kąta stół z ogrodu. Który wcale nie był zawsze stołem ogrodowym. Był wcześniej stołem sklepowym. Dźwigał kasę w sklepie odzieżowym, który kiedyś prowadziłam. Robiłam go wtedy na zamówienie u pana ślusarza jak wszystkie meble do sklepu wg moich rysunków. Miał wówczas szklany mleczny blat. Teraz blatem są surowe dechy podłogowe, które pozostały po budowie naszego domu. Są surowe, nierówne, lekko omszałe i ze szczelinami. Stanął dumnie w mojej pracowni, ale nie wiem czy awansował... ;)
To będzie jego trzecie życie. Wpadł na zastępstwo, zanim nie znajdę tego stałego. Lubię go.
Dopiero się urządzam.







Natrafiłam na taki cytat:

„Zimowe wieczory to najlepsza pora na odpoczynek. Padający za oknem śnieg i atmosfera domu pełnego ciepła i dźwięków sprawiają, że oddajemy się przeróżnym marzeniom- wiadomo, nie zawsze realnym. Rankiem przeważnie zapominamy o wszystkim, jesteśmy wypoczęci, a co za tym idzie- mózg nasz pracuje trzeźwiej.
Kiedy jednak następnego dnia tkwimy w słuszności wieczornych urojeń, bądźmy pewni- jest to znak, że nad sprawą warto pomyśleć, nawet jeśli wszystko wydaje się kompletną bzdurą, po prostu w myśl zasady, że tylko to, co na pozór głupie i szalone, jest naprawdę coś warte…”

Wstęp „Pojedynek z Syberią” Romuald Koperski

Tak. 
:)
 

 


piątek, 11 października 2013

drugie życie kredensu...

To była miłość od pierwszego wejrzenia.
Wiecie jak to jest. Spada na nas jak grom z pogodnego nieba, wbija w ziemię i koniec. Nie ma zmiłuj!
Był piękny słoneczny, wiosenny dzień a ja z otwartą głową (i sercem) wędrowałam po giełdzie pełnej przedmiotów z odzysku, porzuconych, niepotrzebnych, wygrzebanych i do wzięcia (czyt. kupienia).
Stał tam. Razem z mnóstwem staroci i klamotów, zastawiony jakimś stołem, brudny, po przejściach, no i samotny... ;)  A ja z otwartym sercem przecież! I jak tu nie przygarnąć nieszczęśnika? Miał w sobie wiele potencjału i pomyślałam, że warto byłoby włożyć w niego trochę pracy i zainwestować z nadzieją, że drugą młodość przeżyje przy mnie. Że cieszyć mnie będzie swoim jestestwem w nowej odsłonie. Nakręciłam się potwornie. Wróciłam z nim do domu. Już oczami wyobraźni widziałam jak pięknieje w mojej nowej letniej kuchni w altanie, co mi ślubny miał tej wiosny wybudować w ogrodzie ("... no możemy wybudować..., a na pewno chcesz...? po co właściwie Ci ta altana??) .
Taaaa.... będzie cudnie! Będzie pięknie.
Kredens kuchenny z lat 50-tych - moja nowa miłość.
Z dnia na dzień widziałam więcej uszczerbków w jego wyglądzie i coraz więcej pracy.
Moją miłość opuszczało powoli szaleństwo zachwytu.
Zaczęło się szlifowanie, klejenie, zaciskanie, malowanie, przecieranie, znów malowanie, znów przecieranie, poszukiwanie brakujących w środku szufladek, kupowanie siatki, mocowanie itd...
Kredens gotowy nigdy nie wydostał się z garażu, bo kuchnia letnia w altanie nie powstała. Altana również nie powstała, "bo właściwie wcale nie jest nam potrzebna" ;)
Kredens znalazł nowy dom, a Wam pokazuję zdjęcia. Robił je mój M. co pewnie widać, bo mebel stał się bohaterem... drugiego planu... ech... :))








Kredens przed metamorfozą wyglądał tak:


Nie obiecuję, że znów uczucie mnie nie opęta, że będę ostrożniejsza i nie krzyknę " o jejku!" przed jakimś kolejnym starociem.
No, nie. Nie mogę obiecać.... ;)
*
A to maleństwo wyciągnęłam wrzeszczące wniebogłosy z nadkola jakiegoś samochodu. Był przerażony i potwornie głodny. Ze strachu przesiedział cały dzień za bojlerem. Słodziak...


*
Na podstronie Biżuteria promocje pojawiło się kilka pozycji w korzystnych cenach.

Pięknego weekendu Wam życzę! ♥

czwartek, 25 lipca 2013

stołek w szydełkowym berecie i ...

Szydełkowy beret na wysoki stołek przywiozłam sobie jako pamiątkę z kilkudniowych wakacji.
Własnoręcznie wydziergana pamiątka. :)
To było kilka dni spędzonych prawie nad morzem. Do plaży trzeba było dojechać rowerem. Ale to zaleta.
Rano więc ja i moja sędziwa holenderka i wyruszałyśmy na poszukiwanie jak najdzikszych dróg i ścieżek.
Okrężne drogi, wcale nie na skróty.
Z wiejskim, naturalnym, dziewiczym klimatem (czasem też zapachem, a jakże!).
Bitą drogą, leśną ścieżką. Tam gdzie ludzi spotkać trudno. Tam gdzie czas nie biegnie zbyt szybko.
Łąki, pola słoneczne, łany pszenicy i owsa, las szumiący, maliny w zagajnikach zbierane. Kwaśne - to nic.
Cisza.
Późne popołudnie - morze, plaża...
Wieczór - szydełko.
I powstał beret... :)


Uwielbiałam każdy dzień!






A propos czapek na stołki i taborety - muszę Wam pokazać (o ile jeszcze nie znacie) prace autorstwa Claire-Anne O'Brien. To wyjątkowo rzeźbiarskie podejście do tkanin/dzianin jest warte uwagi i bardzo inspirujące. Może te projekty natchną Was nowymi pomysłami do zrealizowania w jesienne i zimowe wieczory? :)




 *

Przed wyjazdem powstały dwie bransolety: połączenie srebra, turkusu, lnianego sznura i bryłek afgańskiego szkła.
Miałam pokazać je Wam będąc na moich krótkich wakacjach, ale... coś czuwało nade mną gwarantując mi pełny spokój i całkowitą sielskość, bo zapomniałam laptopa! Został w przedpokoju przygotowany do drogi...
Nie szkodzi... ;)






A na koniec Chwila Bezcenna w kadrze zatrzymana... Było cudnie... :)


Bransolety (komplet) dostępne w galerii Brocante (lub u mnie bezpośrednio bez marży galerii).
Beret wykonany ręcznie na szydełku.
Stołek zakupiony na jakiejś giełdzie staroci za 60zł.

Serdeczności przesyłam! ♥


 



sobota, 15 czerwca 2013

myśli, cisza i łóżko na tarasie...

"W sobotę sobie pośpię. Wstanę o dziewiątej..." - postanawiam wczoraj.
Ale mózg mój przewrotnie już przed siódmą otwiera mi oczy. Wstaję więc, wrzucam na siebie cokolwiek w miarę przyzwoitego, abym przez moją "prawiewieś" przewędrować rano po gazetę mogła. I po bułki... maślane, białe, niezdrowe, a co tam...!
Cicho wszędzie. Dom śpi jeszcze. Tylko pies leniwie się przeciąga i patrzy na mnie " po co tak wcześnie, po co?" Wychodzę.
Bez kawy, a to dla mnie prawie wyzwanie. Kawa będzie do "Wysokich Obcasów", które wpisują się w każdy mój sobotni poranek. Rytuał, zwyczaj, przyzwyczajenie otulają mnie dając przewidywalność chwili.
Biorę tę sobotę dla siebie.
Nie włączam radia, telewizora, pralki, laptopa. Nie sprawdzam poczty. Siadam na tarasie z ukochaną kawą.
Słyszę szum wiatru, krzyk kaczek, kukułkę. I myśli własne słyszę. Robię w nich sobotnie porządki. Żeby nie biegały, nie żyły w chaosie. Żeby poukładane były w miarę równo i dawały mi poczucie, że nad nimi panuję.
W końcu moje są, niech słuchają!  ;)
Myśli. Puzzle moje. Dobrze jak pasują. Po kolei układam. Nie dzisiaj, to jutro... Dojdą nowe. Mam kontrolę. Czasem.


A te myśli najlepiej mi się składa naprzemiennie z czytaniem na tarasowym łóżku, którego nabycie w końcu zrealizowałam.
Zgapiłam od znajomych.
Pozazdrościłam.
Mam.
No..., teraz to się nazywa relaks. 
Kawa, łóżko, gazeta, babeczka z truskawkami i ja. 
Momentami również pies (jako dochodzący).
I myśli. I cisza. 
Moja sobota. :)








łóżko, świecznik wiszący - klamociarnia, czerwona poduszka w swetrze - zrobiłam, poduszka w jucie po kawowym worku - uszyłam, skrzynka pod łóżkiem - ktoś porzucił więc przygarnęłam, lampion - Jysk, babeczka z truskawkami - upiekłam, przepis u Magdy.

Pozdrawiam! ♥

  

środa, 1 sierpnia 2012

pufa w kwadratach...

Skończyłam! Nareszcie skończyłam. I wiecie co, dziewczyny? Jestem zadowolona.
Muszę przyznać, że na początku żałowałam, że pochwaliłam się Wam
moimi planami ponownego ubrania pufy tak wielką kolorystyczną energią.
Bo gdyby nie to, możliwe że wycofałabym się z tego projektu...?
Byłam trochę przerażona. Ale nie tym, że nie dam rady, tylko intensywnością
i ilością barw. Przecież ja kocham szary..., kocham gołębi..., kocham antracytowy... 
i wiele innych barw pod warunkiem, że choć trochę są szare! ;))
A tu kroiło mi się takie kolorystyczne wariactwo.
Ale same kwadraty tak każdy z osobna podobały mi się.
Podobało mi się również samo dzierganie. Luuuuubię to!
Mój niepokój mijał, gdy zaczęłam kwadraty łączyć i zaczęła pojawiać się jakaś forma i całość.
Myślę, że projekt graniczy z kiczem, folklorem i szaleństwem.
Ja już go lubię i moi domownicy (również nastoletni syn!) ocenili jako "fajny".
Jestem bardzo ciekawa Waszego cennego dla mnie zdania. :)




Całość wykonana jest z 48 kwadratów o bokach 14 x 14cm.



Poprzednie ubranie mojej pufy można zobaczyć tutaj
 

Ostatecznie energetyczna pufa stanęła obok starego fotela, który niedawno wrócił z renowacji.
Niestety nie mam zdjęć jak wyglądał "przed". W momencie gdy go kupowaliśmy wyglądał żałośnie, ale widziałam w nim potencjał. Wprawdzie konstrukcja fotela była nienaruszona,
ale skóra którą był pokryty była (wątpliwej urody) jasnożółtego koloru i mocno popękana na siedzisku.
Nową skórę dla fotela wybraliśmy w hurtowni skór i obić dla tapicerów. Na cały fotel poszły dwa bryty
czyli ok 8m kwadratowych. Znaleźliśmy tapicera, który podjął się zmiany obicia.
Ostatecznie jesteśmy zadowoleni - ma taki klubowy kształt. :)



Ściskam Was cieplutko!!!



wtorek, 29 maja 2012

na biało...

U mnie dzisiaj BIAŁO...! Dobrze że zima daleko za nami, bo nasunęły by się Wam nieprzyjazne, zimne skojarzenia. A u mnie biało, bo... 


Przede wszystkim dlatego, że mój synek przystępował w niedzielę
do I Komunii. To był bardzo wzruszający moment.
Grono najbliższych przyjmowaliśmy w domu.
Ponieważ pogoda nas nie zawiodła popołudnie spędziliśmy na tarasie,
który tego roku ukwieciłam na biało.


Na zdjęciu wiadereczko, które techniką decoupage ozdobiłam swego czasu
i białe pelargonie. Pierwszy raz kupiłam białe i muszę powiedziec Wam, 
że miałam z tym mały problem. Pani w zaprzyjaźnionej kwiaciarni 
powiedziała mi, że biały to kolor, który nie jest chodliwy i źle się sprzedaje, więc
takiego nie zamawia. Ale w efekcie udało mi się jednak taras zabielic.


Na ścianie zawisł wianek z bluszczu i białych margaretek,
pod kandelabrem wianek z bluszczu i drewniane serducho 
ozdobione techniką decoupage.



Wianek ukształtowałam na bazie okręgu uformowanego z drutu. Długie i plastyczne
gałązki bluszczu, którego kilka gałązek przywiozłam sobie kilka lat temu z lasu
a one baaardzo mocno się rozrosły w moim ogrodzie, pozwalały na to, 
aby nie mocowac go drutem, bo owinięte praktycznie trzymały się same.



Stół oczywiście również nakryty był na biało... :)




O BIELI dzisiaj piszę również, bo...
znów pobieliłam mebel w moim domu!
Zastanawiam się, co zrobię, gdy przestaną podobac mi się bielone przedmioty, 
a głównie meble...? Co wtedy? Kupię opalarkę i zacznę dogrzebywac się do czystego drewna?
Minęła mi era bejcowania wszystkiego co w ręce mi wpadnie, 
wyciągania drewnianych "linii papilarnych" i doszukiwania się głębi koloru podczas olejowania.
Stopniowo zabielam mój dom i widzę niepokój w oczach mojego M. z nadzieją 
"ale wiesz co robisz?" ;)
Serducho zawieszone na lampie zrobił dla mnie właśnie On. Ja pobieliłam... :)



Przedmiotem moich poczynań była drewniana skrzynia, którą kupiłam kiedyś
na jakiejś giełdzie staroci za niedużą kwotę. Ponieważ mebelek był bardzo prosty,
dokupiłam drewniane trzy reliefy, które przykleiłam klejem do drewna od frontu i po bokach.
Pomalowałam je farbą w kolorze morskiej zieleni, a gdy wyschły przetarłam kolorem,
w którym jest cała skrzynia. I już! :)


Zwróccie uwagę na śliczne etui na okulary, które zrobiła dla mnie Olga z bloga
http://handmadebyolga.blogspot.com/.
Dziękuję Olgo jeszcze raz baaardzo! :)



Chwalę się również subtelną broszką od Karoli z bloga
http://du-perelki.blogspot.com/...


i wygraną candy u Kateriny z bloga


Dziewczyny, dziękuję za wszystkie odwiedziny
 i ściskam ciepło nowe obserwatorki!
Kto się jeszcze nie zapisał, serdecznie zapraszam!

- Dominika


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...